20151128

20151125

Tylko krowa i Korwin-Mikke nie zmieniają zdania.

Jedną z domniemanych zalet człowieka ma być trwanie przy swoim zdaniu. Przypisuje się osobom, które uparcie trwają przy jednej opinii cechy takie, jak:

1. Brak podatności na wpływy innych.
2. Brak podatności na emocje.

Jednym z popularniejszych ludzi, który jest przez swoich zwolenników uważany za wspaniałego ze względu na to, że nie zmienia zdania od 20 lat, jest Janusz Korwin-Mikke.

Takie postępowanie jest jednak nierozsądne i nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia.

Oczywistym jest fakt, że jako ludzkość nie posiadamy całej wiedzy o Wszechświecie, o naukach społecznych, politycznych, humanistycznych i tak dalej. Oczywistym jest fakt, że gdy się rodzimy nie posiadamy domyślnie w głowie całej zdobytej dotychczasowej wiedzy. Oczywistym jest, że ludzkość jest wciąż w fazie szybkiego i dynamicznego rozwoju. Oczywistym jest fakt, że jako ludzkość nie osiągnęliśmy szczytu swoich możliwości i mamy jeszcze wiele do zrobienia oraz do zrewolucjonizowania, szczególnie w obliczu takich problemów, jak niewolnictwo, dyskryminacja kobiet oraz globalne ocieplenie. Skoro dotychczasowy typ myślenia przysporzył nam tyle poważnych problemów (odbieranie ludziom praw człowieka oraz destrukcja planety, tak tylko przypominam), to tym bardziej należy zastanowić się nad diametralną zmianą.

Jeśli ktoś usilnie stoi przy swoim zdaniu i jeszcze dodatkowo się tym chwali, to nie wynika to z tego, że ta osoba ma rację. Jest wręcz przeciwnie: ta osoba aktywnie nie chce dopuścić do siebie żadnych nowych informacji i pomimo już dawno wykrytych błędów w swoim rozumowaniu, zdezaktualizowanej wiedzy, propaguje swoje błędne i szkodliwe rozumowanie. Niemożliwym jest znanie prawdy objawionej (zwłaszcza jeśli chodzi o nauki społeczne). Bycie za wszelką cenę konserwatystą wiąże się, na wielu poziomach, jednocześnie z ograniczeniem rozwoju ludzkości.

20150801

Mad Max - alegoria społeczeństwa [randomowo]



Zawsze mi się wydawało, że nie lubię filmów akcji. Myliłam się.
Po obejrzeniu najnowszego Mad Maxa stwierdzam, że uwielbiam filmy akcji, a wcześniejsze złudzenie było spowodowane durnowatością i słabością dzieł, które miałam nieszczęście oglądać.



Nie ulega wątpliwości, że ten film jest karykaturą społeczeństwa Zachodniego, a konkretniej patriarchatu w wydaniu Amerykańskim. Trzeba jednak przyznać, że przemoc mężczyzn wobec kobiet i innych mężczyzn w naszej szarej rzeczywistości jest często o wiele bardziej irracjonalna, wyrachowana i perfidna, niż przedstawiona w filmie. Powiedziałam bym nawet, że w filmie jest to bardzo łagodnie przedstawione, wręcz można film posądzić o poprawność polityczną!






Głównego negatywnego bohatera widzieliśmy owszem, jako negatywnego, ale tak naprawdę, w żadnej scenie filmu nic nie zrobił, za co byśmy go nienawidzili (no chyba, że uznamy, że zajęcie przez jedną osobę jedynego źródła wody i zatrzymywanie jej dla samego siebie, destrukcyjny wpływ na ludzi i robienie z ludzi swoich niewolników jest niemoralne...). Nie można zaprzeczyć jednemu: reżyser nie posłużył się tanimi sztuczkami filmowymi i nie poszedł na łatwiznę - a zrobiłby tak, gdyby bezpośrednio pokazywał, na przykład, sceny gwałtu na swoich żonach.


Można wyróżnić w filmie pewien przekaz, który można dopasować do obrazu dzisiejszego społeczeństwa. Reżyser podzielił świat na dwa: męski i reszta.

Menszczyźni - kontrola, powielanie tych samych błędów, destrukcja, egoizm, dominacja, niszczenie środowiska i zasobów, krótkowzroczność, zastój w rozwoju, konflikty.

Reszta - egalitaryzm, odbudowa, przyszłość, dbałość o wspólne zasoby i środowisko, rozwój, pokój.

Spotkałam się z argumentem, że w sumie to ten Joe był lepszy od kobiet z Oazy i jego taktyka opierająca się na zawłaszczeniu wszelkich cennych zasobów dla siebie wygrała, bo przecież Oaza wyschła i kobiety musiały się przenieść. Jest to błędna interpretacja. Joe, jak i kobiety z Oazy są zależne od zasobów oraz środowiska, oznacza to, że można mieć na nie wpływ ograniczony. W obu przypadkach (mimo, że to kobiety są przedstawione, jako bardziej egalitarne) wszyscy są nawzajem od siebie uzależnieni. Tak, nawet Joe - po to przecież ustanowił swoje Imperium, żeby panować nad ludźmi i bez nich nie ma sensu żadna dominacja.


Czy polecam film? Oczywiście, że tak. Zwłaszcza osobom, które filmów akcji nie lubią.

20150712

Przewidywanie przyszłości... depopulacja ludzkości?

Histeria prawicowców dotycząca wyginięcia białego człowieka i depopulacji Polski nie ma żadnego logicznego uzasadnienia.

W tym momencie Polska ma nadmiar obywateli i nigdy w historii nie było w naszym kraju tyle ludzi.

Diabeł często tkwi w... założeniu.

Błędnym jest założenie, że w Polsce będzie przyrost naturalny spadał aż do momentu całkowitej anihilacji narodu Polskiego. Z jakiej racji? Skąd w ogóle taki irracjonalny pomysł?

Tego właśnie nie rozumiem. Czemu zakłada się, szczególnie w przewidywaniu przyszłości, że skoro teraz coś jest to tak będzie cały czas? Przecież nigdy w historii nic nie było stałego, wszystko jest zmienne, większość jakichkolwiek przewidywań w historii ludzkości były błędne, jako, że były nacechowane chciwością, krótkowzrocznością i innymi wadami ludzkiego mózgu.

Na jakiej podstawie, na jakich faktach ci ludzie twierdzą, że przyrost naturalny będzie ciągle taki sam?

"Gdyby utrzymał się trend X przez następne Y lat to wtedy będzie koniec świata!!!" - no tak, ale nie będzie się to utrzymywało przez Y lat, więc koniec dyskusji.

Niestety tego rodzaju myślenie nie dotyczy tylko Prawdziwych Menszczyzn, ale środowisk teoretycznie naukowych:

"Computing power increases exponentially. Moore’s law was coined in the 1960s to show the doubling rate of the number of transistors that can be fit into an integrated circuit yearly. From that time up till now, computing power has increased exponentially.
By an extrapolation of Moore’s law, scientists now believe that performance of the computer doubles every two years.
Here is an explanation: if you put $1 in the bank this year, 2015, and that amount doubles every two years, at the end of thirty years, by the year 2045, that amount will be $16908.
Here are the figures-1,2,4,8,16,32,64,128,256,512,1024,2048,4096,8192,16384.
What that simple progression says is that by 2045, computing performance will increase by more than a million percent.
Further, computer scientists have predicted that by the year 2045, a computer worth $1000 will be as intelligent as the whole population of the earth combined." - źródło


20150612

Fantasy aspirujące do Sci-fi - krytycznie o Sci-Fi

Jak rozważałam na ten temat, to naprawdę chciałam uniknąć tematu dżender. Zawsze jednak, gdy zastanawiałam się "czemu tak jest" to zagadnienie wracało do mnie, jak bumerang...

Dział sztuki Science-Fiction jest ściśle zmaskulinizowany, czego logiczną konsekwencją jest fakt, że cechy "męskości" rozumianej w społecznej świadomości, jako pewien koncept, do którego mają aspirować osoby (czy tego chcą, czy nie) posiadające funkcjonujące penisy i jądra, przedkładają się na jakość i rodzaj twórczości mężczyzn tworzących w tematyce Sci-Fi.

Wydaje mi się, że są takie kwestie Science-Fiction, które bardziej bezpośrednio nawiązują do gender, a inne mniej. Do tej pierwszej należy (tak, jak w każdym zmaskulinizowanym dziale sztuki) brak oryginalności w tworzeniu kobiet - cycki na wierzchu, ekstremalna lordoza, obcisłe/niepraktycznie/kuse ubranie oraz "metal". I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że nie spotkacie innych samic w Sci-Fi, niż własnie w formie humanoidalnej i przyjaznej oku. Nawet jeśli występują, jakieś drobne różnice (wielkość piersi, długość i kolor włosów, trochę inna figura). Mężczyźni mają prawo być potworami, mają prawo mieć różne kształty. Kobieta ma tylko jeden kształt... kształt, który dla przeciętnego lekarza kwalifikowałby się do natychmiastowej operacji i rehabilitacji.

Oczywiście nie zawsze kobieta ma taką lordozę w Sci-Fi (i ogólnie w sztuce, ale seksizm w sztuce to bardziej obszerny temat). Moim zdaniem jednak jest coś na rzeczy, bo dlaczego nie widzimy mężczyzn z hiperlordozą i dlaczego nie widzimy w grach komputerowych ludzi z zespołem Downa, albo innymi oszpecającymi chorobami? Ciekawe co na takie upodobania mężczyzn, które polegają na preferowaniu okaleczających deformacji mówi psychologia ewolucyjna...

Wspomniałam też coś o metalu. Tak. Nie spotkacie drewnianego robota. Nie spotkacie oryginalnych budowli, technologii, które nawiązują do tworów organicznych, bądź botanicznych, jakichś abstrakcyjnych, matematycznych. Nie, to przecie babskie (matematyka jednak za mało łączy się ze stereotypem macho; chociaż nie oszukujmy się mało kto interesuje się matematyką bez względu na płeć, a zwłaszcza artysta). To (prawie) zawsze będzie metal. I prawie zawsze będzie to metal toporny, pełen nieskoordynowanych bajerów - robot. Chcesz, dołączyć do "elytarnego" kręgu aroganckich i przemądrzałych artystów Sci-Fi? Narysuj metal. To wystarczy, już będzie Sci-Fi.

I tutaj zahaczamy o drugą rzecz, która jest moim zdaniem problemem w Sci-Fi, która już trochę mniej łączy się z genderem (a łączy się z pierwsza kwestią trochę, szczególnie "metalem"). Nazywam to prosto: 100% Fiction, 0% Science. Łamanie podstawowych praw fizyki, brak oryginalności w poruszaniu tematów związanych z futurologią, albo rozwojem nauki, bądź technologii. To jest zwykłe marnowanie materiału i potencjału. Nie mówię, że dzieło musi od razu być w 100% zgodne z nauką. Nie.

Ciężko mi nazwać jakiś twór tworem Sci-Fi, gdy nie spełnia przynajmniej jednego z poniższych warunków:
1. Zdarzenia oraz bohaterowie z danego dzieła/historii/opowiadania/itp nie mają sensu w innym Universum i jednocześnie dzieją się w przyszłości/na innej planecie/w innej cywilizacji. Krótko mówiąc: te wszystko, co potocznie tworzy Sci-Fi nie może być jedynie skórką. Elfa przebieramy w obcisłe wdzianko, bądź wielką metalową, świecącą się zbroję. Drzewca przemieniamy w robota i już. Mamy Sci-Fi...
Dobrym przykładem tutaj jest Star Trek. Pseudonaukowego bablania było tam mnóstwo, jednak nie da się umiejscowić bohaterów i dane zdarzenia gdzie indziej. Star Trek poruszał, na przykład, temat sztucznej inteligencji, człowieczeństwa, emocji oraz ludzkich zwyczajów posługując się androidem Datą.

2. Nie łamie zasad fizyki znanych nam dzisiaj i jednocześnie dzieło jest umiejscowione w przyszłości/na innej planecie/w innej cywilizacji. Myślę, że jest to jasne.

Te dwa punkty powyżej nie są jakieś ścisłe, myślę jednak, że ogólnie zarysowują, o co mi chodzi. Co mnie jeszcze lekko irytuje to brak uzasadnienia. Czyli jest tak, czy siak w tym świecie, który tworzymy, ale w sumie dlatego, że nie jest to przemyślane i byle jakie. Słabe, mało oryginalne, powtarzalność i partactwo.

Z jakiegoś dziwnego, nieznanego mi powodu, jedną rzeczą "naukową", która wręcz z uporem maniaka prześladuje twórców Sci-Fi jest heksagon. Ten kształt uczyni nawet największą pseudonaukową bzdurę wiarygodną. 

Być może nie mam racji i chodzi o coś innego. Na przykład o to, że teraz każdy nieuk może pochwalić się swoimi dziełami - i ma do tego całkowite prawo. Tylko czemu udajemy wszyscy, że to Sci-Fi, skoro oczywistym jest, że jest to Fantasy aspirujące do bycia Sci-Fi? Być może to "partactwo" i byle jakość dotyczy wszystkich dziedzin sztuki, a może i wszystkich dziedzin w ogóle.

Science-Fiction to taki dział sztuki, które ma ogromny potencjał. Potencjał rzadko wykorzystywany, potencjał który daje możliwość poruszania tematów, które nie sposób poruszyć poprzez inne formy sztuki. Nie zrozumcie mnie źle: nie mam absolutnie nic przeciwko robotom, ani seksowi. Nie jestem też, umm, nazi-artisto, purystką Sci-Fi, co to szkaluje każdego, kto odbiega od normy, której w sztuce nie ma. Ja uważam, że na wszystko jest miejsce w sztuce. Co nie znaczy, że nie możemy subiektywnie wybierać co nam się bardziej podoba, a co nie.

Jest jednak coś, co odróżnia dobre dzieło, od dzieła słabego: koncepcja. Jeżeli twórca trzyma się danej koncepcji i wykorzystuje kreatywnie (nieważne, jak ta koncepcja jest absurdalna), jak tylko może, możliwości danej koncepcji to będzie to dzieło dobre. Weźmy film Mad Max: zawsze myślałam, że nie lubię filmów akcji, a tu się okazało, że bardzo lubię, tylko te wcześniejsze, które oglądałam były słabe. Co wyróżnia ten film? Jest wierny swoim ideałom od początku do końca, ponadto wyróżnia się świeżym podejściem i nieużywaniem tanich tricków i motywów. Mimo, że wszystko dzieje się w pościgu, reżyser sprawnie wykorzystuje daną formę/koncept do opowiedzenia historii i nie folguje swojemu instynktom.

Dodam na koniec coś przewrotnego: twórca nic nie musi i może sobie tworzyć, co chce, co mu/jej dusza/ślina na papier/język przyniesie, może ściągać, nawet plagiatować, korzystać z kultury, mieszać style, a także odbiegać od koncepcji i tworzyć nowe motywy, nowe memy, nowe gagi.

Tak samo, jak nie musi... być uznanym/ą za twórcę/twórczynię Sci-Fi. :-)

20150529

Dlaczego nie warto dyskutować (szczególnie w Internecie)

1. Brak logiki i racjonalności są jednym z powodów, dla których nie powinnyśmy dyskutować - taka "dyskusja" jest tylko dyskusją z nazwy. Z boku bardziej przypomina to wiejską bijatykę dwóch ćwierćinteligentów, niż kulturalną rozmowę. Masz dobry argument, który logicznie rozkłada na łopatki "argument" rozmówcy? Zapomnij, nie licz na to. Bo nie to jest prawda, co jest prawda, tylko to, co ja uznam za prawdę. A, no i kto głośniej "krzyczy". Celem Twojego rozmówcy nie jest poznanie prawdy, a publiczne poniżenie drugiej osoby (czyli Ciebie) i utwierdzenie się w przekonaniu o swojej słuszności. Przecież nikt się nie chce przyznać do błędu, prawda? Nawet przed samym sobą.

Skrajnym przypadkiem są tutaj pojedynki. Poróżniliście się ze swoim przyjacielem? Ma on inne zdanie? Jak rozwiązać ten problem? Poczytać odpowiednie książki, zaktualizować wiedzę, pomyśleć spokojnie? Rozwiązać to rozsądkiem? Przyznać racje temu, kto ją miał? Nie. Jedynym "logicznym" rozwiązaniem w tym momencie jest napierdalanie się. Potwierdza to tylko i wyłącznie moją tezę, że dyskusja nie polega na faktycznej dyskusji, a rywalizacji. Ukryte motywy i te sprawy.

Przecież to oczywiste, że skoro ja uważam B, Ty uważasz A, to znaczy, że chcesz mi wpierdolić i taka różnica zdań, to dobry pretekst. Proste? Proste. Menszczyźni to mają wyjątkowy talent do robienia kurwy z logiki, czyż nie?

2. "Argumenty" ad personam są nagminne (co ciekawe, często zarzuca się rozmówcy właśnie brak ów nieszczęsnej logiki, tak jakby szastanie tym słowem powodowało, że intelekt wrasta i że faktycznie jesteśmy mądrzejsze - no, nie to tak nie działa, niestety). Słowo "logika" to nie wytrych, dzięki któremu wygramy dyskusję: "Brak logiki! Wygrałem!". To ogromna różnica faktycznie rozumować logicznie, a rozumieć znaczenie słowa "logika". Właściwie zasadnicza...

3. Brak odpowiedniej wiedzy. I co teraz zrobić: widzisz, że arogancja i słoma z butów wychodzą u Twojego przeciwnika, więc pozostaje Ci tylko jedno w przypadku posiadania większej wiedzy, niż rozmówca: musisz się zniżyć do jego poziomu. Musisz zacząć mu wyjaśniać pewne zjawiska, które dla Ciebie są jasne, jak słońce i od dawna poznane, ale dla Twojego rozmówcy (przekonanego o swojej racji) nie. Strata czasu i nerwów.

4. Buta i arogancja, czyli brak szacunku do rozmówcy. Roszczeniowa postawa i pretensje do całego świata. Opiszę teraz skrajny przypadek: facet na swoim osobistym profilu zadał pytanie na jakiś kontrowersyjny temat i oczekiwał na specjalistów, którzy do niego przyjdą i mu to rozwiążą. Brak odpowiedzi z ich strony kwitował: "Widzicie? Nikt nie jest w stanie mi odpowiedzieć, to znaczy, że mam rację!". Oczywiście, jak na Prawdziwego Menszczyznę przystało w opisie miał "Jestem racjonalny i logicznie omawiam otaczająca mnie rzeczywistość". Zwyczajny oszust.

Co robi normalny człowiek, gdy się chce czegoś dowiedzieć? Zamiast czekać, aż mu manna spadnie z nieba, sam poszukuje odpowiedzi.

Jak wyjaśnić zachowanie danego osobnika? Albo po prostu tępy i głupi, albo czuł, że może przegrać prawdziwa dyskusję (a więc unikał konfrontacji). 

5. "To je walka - czyli wszystkie chwyty dozwolone" - manipulacja, kontrola tłumu, wyrywanie z kontekstu, durne porównania , uogólnienia, przeinaczenia i stosowanie przeróżnych zabiegów erystycznych. Nie. Po prostu nie. Jest to zaprzeczenie racjonalnego rozumowania. 

6. "W dupie mam prawdę - tu chodzi o ego i o moje emocje, bo tylko ja się liczę, ja ja ja ja ja ja!!!" -brak dobrych chęci ze strony rywala. Widać od początku, że nie chce poznać prawdy, że nie chce poznać Twojego punktu widzenia, a jesteś jedynie środkiem do utwierdzenia się w jego racji. Cokolwiek zrobisz, cokolwiek powiesz, zadziałają tutaj mechanizmy obronne i Twój rozmówca zawsze sobie i wszystko wyjaśni, każde niedopatrzenie z jego strony, każde zaprzeczenie, każdą nieścisłość. Dopasowywanie faktów do teorii chroni zdrowie psychiczne ludzkości przed zagładą od początków jej powstania...

Moje cele dyskusji są rozbieżne z celami dyskusji wielu innych ludzi. Ja chcę ciastko, a oni dają mi homara. Aby dwoje chciało na raz, to coś tam ambaras. Nie da się.

Tak naprawdę to wszystko, co napisałam w powyższych punktach można by wyjaśnić krótko błędami poznawczymi i bugami mózgu, bo z własnej obserwacji, jak i czytelnictwa różnych lektur wynika jedno: ludzie są nikim ważnym i nie warto marnować czasu na chwilowy, marny i trywialny wzrost ego. 

20150507

Smoki, elfy, kosmici, inteligentna maź - spoko, to futuryzm, fantazja; równość płci - przecież to nierealne!!!

Pamiętam, że na pewnym blogu autorka pisała o Lemie i o tym, jak bardzo mało opisał on w swoich książkach dobrych kobiecych postaci. Zarzut nie dotyczył tylko nijakości tych kobiet, ale ogólnie słabej reprezentacji kobiet w jego dziełach.

Obrońcy Lema, jak zwykle w podobnych przypadkach mieli niezawodny argument: "ale on żył w innych czasach". I to mnie szczerze bawi.

Lem był futurystą. Futurystą. Jego rolą było wybieganie w przyszłość. 



Opisywał on wiele różnych możliwych scenariuszy rozwoju ludzkości. Odpowiedzcie sobie szczerze, czy naprawdę inteligentny mężczyzna, jak Lem, był w stanie wyobrazić sobie życie w formie świadomej planety, ale idea równości płci już przerasta jego możliwości intelektualne...? "Bo żył w innych czasach"? Wow. Szczerze wprawia mnie w osłupienie ten "argument". Tak na marginesie... on żył w czasach, w których feminizm się rozwijał. On nie mieszkał w jaskini.

Powiedzmy to wprost: Lem świadomie wybrał umniejszenie roli kobiet w swoich książkach i zahamowanie rozwoju feminizmu w swoich wizjach przyszłości. Świadomie wybrał bierność i nie poruszanie tego tematu. Chyba jednak ten stary dziad taki inteligentny nie był...

20150503

Zadufane w sobie mentalne dziady, czyli: młodzi, nie przejmujcie się swoją ignorancją

Świat obiegła wiadomość, że dzieci nie znają daty wybuchu drugiej wojny światowej. A ja się pytam i co z tego? Nie znają też bardzo wiele innych rzeczy i bardzo wiele innych dat. Tyle narzekają w Internetach, że jakichś niepotrzebnych rzeczy ich każą się uczyć, że mitochondria, że głupia historia, że głupie lektury na polskim i tak dalej... więc o co chodzi...? Gdzie tu konsekwencja? Tak samo osoby wypominające młodym, jacy to oni rozpieszczeni i ignoranccy. Po co komuś wiedza dla wiedzy? Żeby sobie fapać do lustra: "O JAKI JESTEM MONDRY, NIE MAM NIC INNEGO DO ZAOFEROWANIA ŚWIATU, ALE JESTEM ENCYKLOPEDIĄ DAT I TYLKO TO SIĘ LICZY, TYLKO JAJAJAJA, JA JESTEM NAJMONDRZEJSZY", a może, żeby "zwyciężyć" w kolejnej, bezcelowej Internetowej dyskusji i podnieść swoje poczucie wartości?

Moim zdaniem młode pokolenie wygrało jedno: naukę na błędach starych dziadów. Tak, Waszych błędach.

Z resztą, co ja gadam, przecież zawsze tak było. Na dzisiejszych starych dziadów niegdyś narzekały stare dziady sprzed 100 lat i tak to się kręci. Po prostu niektóre osoby nie nadążają za rozwojem cywilizacji. Różnica pomiędzy pokoleniami nie polega bowiem na zmianie niektórych cech liniowo, czyli młodzi są bardziej pewni siebie, starzy bardziej coś tam i tak dalej. W dzisiejszych czasach świat tak szybko się zmienia, że można już mówić o różnicach pomiędzy 30-latkami i 20-latkami, a co dopiero mają mówić osoby starsze? To nie jest intensyfikacja jakichś pojedynczych cech, to nie jest coś, co można zmierzyć liniowo, to jest kompletnie inna mentalność, odmienny stan psychiczny.

Oburzenie na ignorancję młodziaków miałby jeszcze sens, gdyby ta wiedza mogłaby nam dostarczyć realną ewolucję rasy ludzkiej. Niestety nie ma to żadnego znaczenia, bo i ciężko wyciągnąć jakieś logiczne i racjonalne wnioski z wiedzy, która młodym z pokolenia na pokolenia wciskają starzy na siłę z oburzoną gębą: BO JAK TY MOŻESZ TEGO NIE WIEDZIEĆ. Normalnie. Tak, jak Ty nie wiesz, jak sformatować Windowsa, albo zainstalować Linuxa.

Tak, yhm, jak będziecie się tak zwracać do innych na pewno zyskać szacunek. Jak będziecie z pretensjami i roszczeniami wyskakiwać do innych ludzi. Na pewno. Nie wiem, może tak było za PRL, ale teraz szacunek nie zyskuje się strachem, ani wymuszeniem. My, młodzi i młode widzieliśmy, jak nasi rodzice są zaślepieni bezsensowną pracą dla pracy i jak ulegają autorytetom i po prostu mamy tego dosyć.

Młodzi nie są Wam nic winni. Chyba, że im zazdrościcie i też chcecie im zatruć życie, tak, jak Wam zatruwali. Droga wolna.

Odwalcie się od nas. Ja wiem, że boicie się przemijającego czasu, że widzicie w młodych utracone Wasze szanse i jakie Wasze życia sa nie takie, jakbyście chcieli, żeby były. Tylko droga do naprawienia swojego życia nie wiedzie poprzez trucie innym. I to własnie przekazujecie młodym swoją postawą. Niezbyt mądrze, prawda?

Wiedza dla wiedzy to głupota i strata czasu. Koniec i kropka.

Syndrom poaborcyjny formą terroryzmu chrześcijan?! - cz.3

Oficjalnie nie ma czegoś takiego w medycynie, nie ma wyodrębnionej jednostki chorobowej zwanej "syndromem poaborcyjnym".

Nie ma syndromu "poślubnego", a już w ogóle kompletnym tabu jest nienawiść do własnych dzieci i żałowanie posiadania ich. Chociaż jest coś takiego, jak depresja poporodowa, która ponoć może się ciągnąć nawet latami. Czy w takim wypadku jest to naprawdę ta depresja poporodowa, czy już zwykła nienawiść do dzieci, męża i swojego życia?

Każdy człowiek ma prawo do żałowania podjęcia jakichś decyzji. Są ludzie, którzy żałują wyjścia za mąż. Są ludzie, którzy żałują posiadania dzieci. Są ludzie, którzy żałują przeprowadzenia na sobie aborcji. Podejmowanie decyzji i ewentualny żal jest naturalną koleją rzeczy. Nie ma co rozdrabniać tematu i dramatyzować. Popełniamy błędy, bo żyjemy, czyli wszystko jest ok.

Jednak z jakiegoś niewyjaśnionego powodu, nie każdy może się z tą naturalną koleją rzeczy pogodzić. Skutkiem tego jest między innymi istnienie w społecznej świadomości takiego czegoś, jak "syndrom poaborcyjny". Myślę, że nie trzeba tłumaczyć dlaczego.

Nauki, w tym medyczne, od zawsze były upolitycznione... sam proces społecznych zmian i ewolucji świadomości jest niezwykle ciekawy i oczywiście, jak już wspomniałam, w tym przypadku dotyczy syndromu poaborcyjnego, ale nie należy zapominać, że dynamika tego procesu dotyczy właściwie wszystkiego - całej nauki, całej polityki, całego społeczeństwa.

Przeglądając różne materiały na temat odmiennych poglądów, życie socjalne homo sapiens, gody, zbierając informacje na temat świata, polityki, gospodarki i społeczeństwa i analizując argumenty przeciwnych z założenia partii, przychodzi w końcu do człowieka taka myśl, że to wszystko nie ma sensu i te wszystkie argumenty nie mają sensu i są kretyńskie. Wiele z nich jest całkowicie sprzecznych ze sobą. Wiele z nich nie ma pokrycia w rzeczywistości. A przede wszystkim wiele z nich jest polana taką dozą nienawiści i irracjonalności, że głowa boli. Czy widzieliście kiedyś racjonalnego mizogina, który chciał banować kobiet wstęp na studia i argumentował to tym, że kobiety są głupsze (i to podobno kobiety przesadzają)? Przecież to nie ma sensu: jeśli kobiety faktycznie byłyby głupsze, to nie trzeba byłoby im banować studiowania. I tak, posłużyłam się tutaj przykładem feministycznym, ukazujący menską głupotę w czystej postaci, ale moim skromnym zdaniem jest to jedna z rzeczy, która jednocześnie jest tak irracjonalna i ma ogromny wręcz wpływ na życie miliardów ludzi. Nie sposób więc jej pominąć, gdy mówimy o podejmowaniu decyzji i formowaniu się poglądów.

Nie będziemy tutaj omawiać w żadnym wypadku całego gendera. Zmierzam do tego, że...

...można wręcz zadać sobie pytanie, czy jakiekolwiek idee wywodzą się z racjonalnego, zimnego rozumowania, czy po prostu z emocji, tudzież psychiki. Czy wszystko jest tylko i wyłącznie racjonalizacją, a u źródłach naszych decyzji i poglądów stoją "zwykłe" uczucia i instynkty? A te wszystkie filozofie, edukacja, nauka, pseudointelektualne dyskusje są jedynie przykrywką i swoistym oszustwem, sztucznie odgradzającym nas od "świata zwierząt" i stawiający nas na piedestale? Czy wszystko, co mówimy ma drugie dno? Czy nasze poglądy są wypadkową naszej budowy mózgu i społecznych norm?

Można wręcz zadać pytanie, które dotyka jeszcze większych podstaw nie tyle, co rozumowania i ogólnej świadomości społecznej: czy tzw "logiczne" rozumowanie istnieje? Czyżby wytykanie innym ludziom brak logicznego myślenia było jedynie zabiegiem erystycznym? Jedynie manipulacją? Która ma, rzecz jasna, drugie dno?

Czy kiedykolwiek ten świat uszyty z kłamstw da się zburzyć? Czy w ogóle warto? Ponoć kłamstwo ma krótkie nogi, ale jak to jest, że wielu ludzi żyje kłamstwem i ułudami, karmi się tym... mało tego, cieszy się z tego? Jak to jest, że tyle ludzi żyje sobie bezkarnie kłamiąc? Akurat to jest prawda, bo gadanie w stylu "kłamstwo ma krótkie nogi" jest myśleniem życzeniowym, złudzeniem, że świat jest sprawiedliwy i każdego spotyka to, na co zasłużył. Oczywiście pomijam fakt, że tego typu zabiegi często służą manipulacji drugiej jednostki (najczęściej dzieci).

Bardzo ciężko wyobrazić sobie świat, w którym Wszechświat ma nas w dupie i jest całkowicie obojętny na nasze moralne rozterki i że nie ma dobra i zła. Widocznie im bardziej przypadkowe nasze życie, tym bardziej potrzebujemy wierzyć w tego typu rzeczy, co z resztą widać po stopniu religijności państw biednych. Dodać do tego błędy poznawcze i mamy społeczeństwo, których fundamentami są iluzje i kłamstwa.

Więc kiedy czytam na temat osób, które pikietują przed klinikami, a potem same robią sobie aborcję nie mogę wyjść ze zadziwienia. Kiedy czytam na temat osób, które mówią o świętości życia, a potem zabijają lekarzy, nie mogę wyjść ze zdziwienia. Można tutaj przytoczyć jedynie słowa George'a Carlina: "A więc, gdyby ten płód (abortowany - przyp. tłum.) okazał się wyrosnąć na ginekologa, to wtedy można go zabić? (o pro-life)"

Jedyne, co mi się ciśnie na usta to jedno słowo: DLACZEGO?

Czy jest to "zwykła" hipokryzja? Czy istnieje jakiś efekt psychologiczny odpowiedzialny za tego typu irracjonalne zachowanie ludzi?

Inną grupą, która może się pochwalić dwulicowością o podobnym poziomie są homofoby. Było już wiele badań, które wykazały, że są to po prostu kryptogeje, które wypierają ze świadomości swoją homoseksualność. Czy to samo dzieje się z osobami pro-life? Czy ogólnie osoby o poglądach konserwatywnych cechuje większa hipokryzja spowodowana wyparciem? Czy aborcja dla części kobiet pro-life była tak traumatycznym przeżyciem, że te wolą to wyprzeć ze świadomości i w ten sposób przekształcają się w fanatyczki?

Ostatecznie nasze rozważania mogą nie mieć w ogóle sensu i racji bytu. Być może faktycznie część kobiet wypiera aborcję ze świadomości i ich "syndrom poaborcyjny" przybiera postać poglądów pro-life, a w skrajnych przypadkach zamieniają się one w fanatyczne aktywistki. Stety albo niestety musimy pamiętać, że korelacja, to "tylko korelacja". To, że na ogromną liczbę aborcji decydują się kobiety pro-life jest spowodowane tym, że po prostu to kobiety religijne są zazwyczaj przeciwko aborcji z wiadomych względów. Wiadomo też, że religijność jest skorelowana z biedą. A bieda z liczbą aborcji, co chyba nie dziwi żadnej osoby, a zwłaszcza kobiety, która kiedykolwiek rozmyślała nad swoją sytuacją i posiadaniem ewentualnych dzieci.


.....................

Cześć. Poniżej znajduje się materiał, który oficjalnie nie jest w tej notce, ale miał się znaleźć. Notkę pisałam fragmentami w dużych odstępach czasu, dlatego myśli i idee są rozrzucone i trochę chaotyczne. Niektóre z nich nie nadawały się na ostateczną wersję notki, jednak uważam, że nie są kompletnie bezwartościowe. Jako autorka postanowiłam, że te fragmenty tu zamieszczę, jako ciekawostkę, jako impuls do dalszych przemyśleń i/albo dyskusji.

Często uważamy się za prawych, sprawiedliwych, wspaniałych, a jakby tego było mało: za lepszych od innych. Oczywiście mądrzejszych. Bardziej "moralnych". Szczególnie konserwatyści, którzy mają złośliwy nawyk nierozwiązywania problemów, a bezmyślnego osądzania. Oni chcą, żeby było "prawo", a nie, żeby było dobrze. Znamy jednak siebie na tyle, na ile nas sprawdzono. Wygodnie prawić morały siedząc w ciepłym domu z dostępem do wody pitnej w kraju, gdzie są przestrzegane prawa człowieka (ekhm, powiedzmy). Tak więc powstają dziwne ruchy anty-szczepionkowców (którzy przy zachorowaniu dziecka oczywiście jadą do szpitala z dostępem do nowoczesnej medycyny), pro-life (bo jestem na tyle bogata, żeby sobie w podziemiu zrobić aborcję, ale siebie za to nienawidzę i żałuję tego, bo myślałam, że jestem "lepszą" osobą, więc chce zakazać tego innym, na złość, bo przecież nie będę siebie nienawidzić), starzy vs młodzi "bo kiedyś było lepiej" (też chlaliśmy i paliliśmy papierosy, ale zazdrościmy młodym niezmarnowanego życia i nowych szans, bo sami nie spełniliśmy swoich marzeń i nie mamy nic ciekawego do przekazania nowym pokoleniom).

Wszystko, co robimy, nawet decyzje, które nazwalibyśmy racjonalne wywodzą się z emocji. To nasze uczucia są paliwem dla naszych działań. Co więc kieruje konserwatystami? Na pewno nie "logiczne" rozważania, ani nie "zdrowy rozsądek".

Czy można terroryzm chrześcijan, w postaci narzucania swojej woli (która objawiać również poprzez typowe zamachy terrorystyczne, a nie tylko "niewinne" pikietowanie przed kliniką) jest niczym innym, jak wściekłością i nienawiścią do samych siebie? Mechanizmem obronnym? Wyparciem? Ignorancją? Wymieszaniem tego wszystkiego po trochu?

Fanatyzm religijny jest jednym z nich.

Przeglądając materiały na temat chrześcijańskiego  terroryzmu, dociekając psychologicznych aspektów bycia aktywistą/ką pro-life umyka nam jeden bardzo ważny aspekt, który był już raz wspomniany na początku notki i który trafia w sedno, tak naprawdę, w sedno tego zagadnienia. Nie pisałabym tej notki, gdyby nie... polityka.

Mimo, że działania przestępcze chrześcijan mają ten sam charakter, co na przykład działania przestępcze islamskich ekstremistów nie zobaczyliście narodowych debat na temat bezpieczeństwa narodowego po terrorystycznym wyskoku Breivika, który w imię chrześcijańskiej religii napadł i zamordował 60 dzieci. Gdybyśmy chcieli być konsekwentni musielibyśmy nazwać Brevika chrześcijańskim terrorystą. Zaskoczeni?

Podczas, gdy aborcje i pikietowanie przed klinikami są głównie przeprowadzane przez osoby, które posiadają zdrową macicę, jajniki i pochwę identyfikujące się z płcią "kobiecą", tak najgorsze akty terroryzmu (morderstwa, bombardowania) są sprawką osób posiadających penisy i identyfikujące się z płcią "męską". Nie zajmiemy się tutaj omawianiem różnic genderowych, bo i nie o to tu chodzi. Mężczyźni nie tylko w terroryzmie "królują", ale ogólnie częściej i bardziej są agresywni, czyli po prostu dopuszczają się gorszych w skutkach aktów agresji. Głównie kobiety przeprowadzają aborcje i to one jednocześnie czasem są pro-life (na tym zjawisku się skupimy), zaznaczając, że i mężczyzna może być pro-life i na przykład namawiać córkę/żonę/partnerkę do aborcji.

Mimo, że mężczyźni nie mogą sobie zrobić aborcji, omawiane przez nas zjawisko w gruncie rzeczy ich dotyczy, bo rozszerza się ono na wiele innych aspektów życia, a podstawy, źródło jego pochodzenia leży w ludzkiej psychice. Niełatwo jest bowiem dostrzec, że nie tylko kobiety

Mechanizm kierujący kobietami pro-life, które robią sobie aborcję i są aktywnymi fanatyczkami można przenieść na każdą inną dziedzinę życia.

20150411

Cienszkie rzycie menszczyzny...

Ostatnimi czasy można zauważyć w mediach poruszenie. Związane z tzw., kryzysem menskości.

Wg ekspertów jest to problem niezwykłej wagi, bo dotyka ponad 80% polskich rodzin i może spowodować rozwój Cywilizacji Śmierci. Wg niektórych jest wręcz ważniejszy od Konwencji Antyprzemocowej, która to jest wg ekspertów jedną z przyczyn ów kryzysu. Oby nie została ratyfikowana, jezu... Przecież to byłby koniec Narodu Polskiego. Bo kto nas będzie bronił przed najeźdźcami, jak nie Prawdziwi Menszczyźni?

Żeby dowiedzieć się więcej na temat fali cierpień, które zadają menszczyznom kobiety poszłam w odwiedziny do prężnie i niezwykle mensko rozwijającego się Instytutu Praw Prawdziwego Menszczyzny - Brudasa (0% gejostwa). Mieści się ono w mieszkaniu w bloku w dzielnicy Warszawy, Pradze.

Od progu zawitał mnie smród moczu i gówna. Odór był tak silny, że niemalże zwalił mnie z nóg. Jednak to, co okazało się moim oczom przerastało najśmielsze oczekiwania. Przede mną malował się obraz stereotypowej meliny. Ściany od wilgoci były lepkie, a cokolwiek, co miało jakąkolwiek teksturę było przesiąknięte smrodem moczu, dymu papierosowego, alkoholu, gówna, potu i spermy. Powietrze można było dosłownie gryźć. Na podłodze walały się butelki po piwie, wódce, jakieś ubrania, niedomyte gacie brudne od gówna, brudne, zeschnięte talerze. Gdzieniegdzie widać było pleśń, która tworzyła teraz skomplikowane struktury. Gdy posuwałam się tak do przodu natrafiłam na ścianę muszek owocówek, które zaczęły mnie atakować! "Pewnie GMO", pomyślałam i wybiegłam stamtąd. Zaczerpnęłam świeżego powietrza i weszłam jeszcze raz w otchłań pomieszczenia. Przyjrzałam mu się dokładniej, tym razem od progu. Oprócz oczywistego syfu, który zakrywał całą podłogę, gdzieniegdzie można było zobaczyć pagórki, czyli prawdopodobnie tam były meble. W oddali, w kącie widać było choinkę. "Choinka" to za dużo powiedziane. Był maj, więc z drzewka został tylko kikut, na którym powieszone były resztki butelek, zamiast bombek. Po drugiej stronie były drzwi. Wzięłam się w garść i wbiegłam. 

Obudziłam się z potwornym bólem głowy. Otworzyłam oczy i zobaczyłam coś dziwnego. Coś, co przypominało ogra, albo troglodytę, albo trolla. Wiedziałam jednak, że to fantastyczne stworzenia, nieistniejące. "Może pracują nad Doskonalszą Formą Menszczyzny" - pomyślałam, jednak zaraz wybiłam sobie tę myśl z głowy. "To na pewno sen." 

Wybudzić się jednak nie mogłam. Ten troll, cokolwiek to było, nadal tam siedział. Nagle, ku mojego zdziwieniu zaczął się przy mnie masturbować. Na szczęście doszedł do mnie odór z jego paszczy, albo z jego przyrodzenia i zemdlałam. Znowu.

Proszę się obudzić - usłyszałam głos w oddali - Widziała się Pani z Piotrusiem... miły był przynajmniej?

Leżałam w jakimś... czystym łóżku. Reszta pokoju nadal była zasmrodzona i zasyfiona. Przede mną stała kobieta i nie wiedzieć czemu miała na sobie sutannę. Przedstawiła się, jako rzeczniczka Instytutu i zaczęła mówić dalej.

"Menszczyźni nie wiedzą w dzisiejszych sfeminozowanych czasach, kiedy bić kobietę i to dostaje im cieszżkiej depresji" - mówi Elżbieta Dupewarta, psycholożka specjalizująca się w Problemach z Dupy z Instytutu Praw Prawdziwego Menszczyzny - Brudasa (0% gejostwa). Miała podbite oko i tak pomarszczoną skórę na rękach, że wydawały się one wyrzeźbione. Zauważyła mój wzrok i jej twarz stężała. 

- My Prawdziwe Kobiety opiekujemy sie naszymi menszczyznami. Nie pozwalamy by naturalny porzondek rzeczy zostal zniszczony. Codziennie myje po obidzie wszystkie naczynia po mnie, moim najprawdziwszym, najlpeszym, najbardziej menskim mensczzyznie - 0% homo - oraz po jego kolegach.

- Jak to, po jego kolegach?

- Menszczyzna musi sie wyszalec. Jakby pani miala meza, to by pani wiedziala. - spojrzała na mnie ni to z pogardą, ni to z triumfem...

"Kiedyś rzycie było prostsze" - kontynuuje Pani Elżbieta - "Kobieta dostała po mordzie i wiedziała gdzie jej miejsce. Teraz to się babom w dupach poprzewracało." - stwierdza. - "To konsternuje menszczyzn. I oni się gubiom w tej rzeczywistości. Tak samo jesli chodzi o obowionzki domowe. No. Bo widzi pani. Caly swiat jest po to skontruowany, tak bug urzondzil, zeby menszczyznie bylo dobrze i ma wszystko pod niego byc. Jemu ma sluzyc nie kobicie." Potakuję jej ze zrozumieniem.

- W takim razie dlaczego tu jest taki burdel? - spytałam bez zażenowania.

Pani Elżbieta zaczerwieniła się z zawstydzenia. Czuła się winna. 

- Wyjechałam tylko na weekend. Do babki, bo chora.

- Rozumiem. Tacy są mężczyźni, ale czyż nie są oni słodcy? Co by oni bez nas zrobili?

- Taaak - W głosie Pani Elżbiety można było wyczuć nutkę wkurwienia. 

- No, dobrze - chciałam zmienić temat - to jakie są postulaty Pani Instytutu?

- Słucham? Jakie postulaty?

- No... co Pani i Pani wspólnicy, którzy też są członkami Instytutu, dlaczego uważacie, że mężczyźni są dyskryminowani i co należy ku temu zaradzić?

- Och, tak, tak. Oczywiście. Otusz... widzi pani bo to chodzi o menskosc. tego co menszczyzna moze robic, a co nie moze. I teraz pewnych rzeczy nie moze robic. Ani mowic. Przez feminizm i lewakow. I to sie nazywa polityczna poprawnosc. On nie moze powiedziec żydkowi kawalu o auschwitz, kobiecie nie moze powiedziec by mu przyniosla piwo bo ta rozwod chce od razu, juz nie wspominam o tych czarnuchach! - Pani Elżbieta zaczęła się rozkręcać. Na jej policzkach pojawiły się wypieki - To zamach na wolnosc!!!! Kazdy menszczyzna powinien miec prawo do obrazania i mowienia tego co mu sie podoba, bo jak nie to cenzura jest i tyle. A jak tak babom cienszko, to niech sie przeciwstaiwom menszczyznom, a nie. Po co tak narzekajom. Same nie wiedzom czego chcom, Tylko narzekac umiejom.

- Przecież się przeciwstawiają, po to jest feminizm.

- No tak... - miała taką minę, jakbym jej wymierzyła splaskacza. Czyżby naprawdę wcześniej o tym nie pomyślała? - ... no właśnie! - O mało co się nie zakrztusiła - Menszczyzna powinien miec prawo do robienia czego, co chce, bo w prawdziwej demokracji glos mezczyzny powiniene sie liczyc razy 2! - uśmiechnęła się od ucha do ucha - no i generalnie baba sie ich powinna sluchac zazwsze!! Nie powinna palic, pic w ogole nie powinna imprzowac! Najlepiej jakby byla dziewica maryjom... tak powinno byc... ale tez zeby byla dobra w lozku, bo chlop musi sie wyzyc. Bo jak sie nie wyzyje to do innej pojdzie - Spuściła głowę.

- Słyszała Pani o Efekcie Matyldy?

- Nie. - widać było po jej twarzy, że nie podoba jej się mój ton głosu.

- No, dobrze. Czyli mam rozumieć, że to są postulaty Pani Instytutu? Zmienić konstytucję, aby męski głos w wyborach był warty podwójnie, zmienić kodeks karny, by można było gwałcić i molestować kobiety oraz, żeby...

- Tak i ogólnie, żeby babę można było łańcuchem do kuchni przypiąć, hahaha! - roześmiałyśmy się razem z tego wybornego dowcipu.

- Hehe, no, dobrze... ale przecież mężczyźni nadal są głównymi sprawcami przemocy i obowiązki domowe i tak dalej spoczywają na barkach kobiet. Nie widać, by feminizm mężczyznom w czymkolwiek przeszkadzał. Nie sadzi Pani, że prawa człowieka i bezpieczeństwo kobiet są ważniejsze, niż samopoczucie mężczyzn? Albo to czy się obrażają? Nie przyszło pani do głowy, że to rozdmuchany problem, albo zwykła histeria mężczyzn? Jakiś sposób, pretekst, kolejny "argument" w walce z równouprawnieniem kobiet? To nie moje słowa, jakby co.

- Widzi Pani o czym mówię? Właśnie o tym. W dupie się pani poprzewracalo. Jakby panią monsz sprał raz dziennie, na sniadanie jadlaby pani wodke i przegryzala kamieniami to pszynajmniej wiedzialaby pani czo to prawdziwe rzycie i gdzie pani miejsce. Uczucia menszczyzn som waszniejsze, najwazniejsze, po to pani jest. niech sobie pani to do lba 

- Ale przecież ja...

Pani Elżbieta nagle wstała. Na jej twarzy malowała się konsternacja. Ktoś wszedł do mieszkania. Słychać było odgłosy przedzierania się przez tony gruzu. Siedziałyśmy tak bez ruchu i nagle ktoś otworzył drzwi. To był facet. Waga 150 kg (na oko)... typ Ferdka Kiepskiego. 

Zaczął rechotać, jak zobaczył Panią Elżbietę. Pomiędzy jego zębami widać było grzyby, a jego ślina opryskała ścianę obok.

- Przynieś piwo, Ela!!! Hahahaha!

- Sam se przynieś, grubasie!

Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam, spojrzałam się na Panią Elżbietę z niedowierzaniem. Przecież głęboko wierzyła w postulaty Instytutu, dlaczego nie żyje w zgodzie z nimi?

Wszystko potoczyło się w mgnieniu oka. Ferdek zrobił dwa kroki do przodu i złapał za sutannę Pani Elżbiety. 

- Jesteś pijany! Zostaw mnie!

Oboje zaczęli gonić dookoła mnie. Nie ruszałam się, żebym czasem nie została staranowana. Nagle Ferdek się potknął i zwalił na Panią Elżbietę... której sutanna się podwinęła, a spod niej było widać nic innego, jak ordynarnego fiuta. 

- Zejdź ze mnie! Zejdź ze mnie - wołał facet, podający się za Panią Elżbietę.

- Wiedziałam, że nie ma takich durnych kobiet - odparłam po czym wybiegłam. Na progu potknęłam się i wyrżnęłam o podłogę...

Dziennikarka została niezwłocznie zwolniona z Redakcji tygodnika "PRO MACHO MEN - 100% MENSKOSCI, ZERO SCIEMY". Już więcej nie będziecie Państwo zmuszeni do czytania wypocin tej wiedźmy.

20150331

Fraktalne rysowanie...?

http://recursivedrawing.com/draw.html

Zachęcam do "rysowania". Program pokazuje potencjał programowania - zamiast uczyć się, bądź odkrywać za pomocą tekstu i ogólnie słowa pisanego, można pisać programy, które pozwolą na użycie innych obszarów mózgu, co może ułatwić rozwinięcie niektórych dziedzin nauki.

Symulacje są bardzo ciekawymi metodami "badawczymi" (jeżeli są dobrze przeprowadzone).


Syndrom poaborcyjny, czyli... terroryzm chrześcijan cz.2

UWAGA! Tłumaczenie amatorskie. Mogą być błędy.
Źródło.

"Przeprowadziłam parę aborcji na kobietach, które regularnie pikietowały przed moją kliniką, włączając w to 16-latkę, która przyszła pikietować następnego dnia po aborcji, to było 3 lata temu. Przez cały jej pobyt w klinice, czuliśmy, że było z nią coś nie tak, ale nie było żadnych wyraźnych sygnałów ostrzegawczych. Nalegała, że aborcja była jej pomysłem i zapewniała nas, że wszystko jest OK. Całą procedurę przebyła gładko i wypisaliśmy ją bez żadnego problemu. Rutyna. Następnego ranka była ze swoją matką i rówieśnikami ze szkoły przed kliniką ze swoimi pro-life plakatami. Wygląda na to, że wybrała aborcję, której potrzebowała i wciąż wyznawała poglądy, których od niej oczekiwali rodzice, nauczyciele i rówieśnicy."

"Miałam kilka przypadków w ostatnich paru latach pacjentek pro-life, które racjonalizowały sobie w różny sposób, że ich aborcja jest wyjątkiem, ale przypadek, który wywarł na mnie największe wrażenie to przypadek studentki, która była prezydentem organizacji Prawo-do-Życia, co znaczyło, że pracowała w tej organizacji ciężko przez ostatnie parę lat. Gdy kończyłam procedurę, spytałam się jej, co zamierza zrobić ze swoim stanowiskiem w tej organizacji. Zrobiła wielkie oczy: "Nie zamierzasz im powiedzieć, prawda!?". Kiedy zapewniłam ją, że nie, odetchnęła z ulgą i wyjaśniła mi, jak ważna była dla niej ta pozycja i nie chciała, żeby ta aborcja w jakikolwiek sposób miała na to wpływ."

"W 1990 roku, Bostonie, Operacja Ratunek i inne grupy regularnie blokowały kliniki i wiele z nas chodziło każdego ranka w soboty przez wiele miesięcy, by pomóc kobietom i kadrze wejść do środka. W rezultacie znałyśmy wiele osób pro-life z twarzy. Pewnego ranka, kobieta, która była jedną z tych protestujących weszła do kliniki z inną młodą kobietą, która wyglądała na 16-17 lat i była oczywiście jej córką. Spytałam się jej, czy sytuacja jej córki zmieniła jej zdanie. "Nie sądzę, żebyś była w stanie zrozumieć sytuację mojej córki." - odpowiedziała zdenerwowana. Tej soboty wróciła z resztą kobiet i pikietowały przeciwko "mordowaniu dzieci"."

"W ostatnim tygodniu kobieta w poczekalni zawiadomiła wszystkich dookoła, że ona uważa, że aborcja powinna być nielegalna. Co niesamowite, to była jej druga aborcja w ostatnich paru miesiącach, zaszła w ciążę w miesiąc po pierwszej aborcji. Pielęgniarka zaczęła jej opowiadać o tym jakie straszne rzeczy się działy w czasach, gdy aborcja była nielegalna i jakie wielkie szczęście ma, że dostępna jest bezpieczna, profesjonalna aborcja. Niemniej jednak ta młoda kobieta dalej się upierała, że aborcja była zła i że powinna być nielegalna. W końcu pielęgniarka powiedziała "No, cóż, w takim razie pewnie nie będziemy Cię już tutaj widywać, nie to, że jesteś tu niemile widziana.". Później inna pacjentka podeszła po pielęgniarki i jej podziękowała za to, co powiedziała.

"Widzieliśmy się ostatnio z kobietą, która po czterech próbach i wielu godzinach konsultacji w szpitalu i w naszej klinice, w końcu miała aborcję. Cztery miesiące później zadzwoniła do mnie w Wigilię, żeby mi powiedzieć, że nigdy nie była pro-choice i że nie byliśmy w stanie stwierdzić, że tak naprawdę była w klinicznej depresji w czasie przeprowadzenia aborcji. Zadzwoniła po to do mnie, by mnie ukarać za to, że nie wysłałam jej do psychiatry."

"Ostatnio mieliśmy pacjentkę, która miała epizod bycia pro-life aktywistką, ale zdecydowała się mieć aborcję. Była dla mnie miła i nasza dyskusja była pełna szacunku. Później powiedziała komuś z mojej kadry, że ona uważa aborcję za morderstwo, że ona jest mordercą i że ona morduje swoje dziecko. Z tego powodu przed samą procedurą spytałam się jej, czy ona uważa, że aborcja to morderstwo - jej odpowiedź brzmiała "tak". Spytałam się jej, czy ona uważa mnie za mordercę i czy uważa, że będę mordować jej dziecko - odpowiedziała twierdząco. Powiedziałam, że morderstwo to zbrodnia, a morderców poddaje się egzekucji. Czy to jest zbrodnia, spytałam się. Powinna być, odpowiedziała. W tym momencie zaczęła się denerwować i podsumowała mnie, jako maszynę do zabijania dzieci i jak ja śmiem się jej pytać, co ona myśli. Po wyjaśnieniu jej, że nie przeprowadzam aborcji na wkurzonych ludziach i którzy uważają mnie za morderczynię, odmówiłam wykonania zabiegu. Nie wiem, czy znalazła kogoś, kto by jej przeprowadził aborcję.

"W roku 1973, po Roe v. Wade, aborcja stała się legalna, ale musiała być przeprowadzona w szpitalu. Oczywiście to zostało zmienione później. W pierwszy dzień legalnej aborcji miałam omówione 5 procedur. Podczas przerw pomiędzy wizytami, odwiedził mnie szef oddziału ginekologicznego. Zapytał się mnie "Ile dzieci zamierzam dzisiaj zabić?". Moja odpowiedź ze zdenerwowania brzmiała podobnie agresywnie. Trzy miesiące później, ten neofita chrześcijański zadzwonił do mnie, by mi powiedzieć, że jest przeciwko aborcji, ale jego córka jest tylko w pierwszej klasie liceum i jest za młoda, żeby mieć dziecko i bał się, że jeśli urodziłaby to dziecko to nie chciałaby oddać je do adopcji. Odpowiedziałam, że on nie musi mi się tłumaczyć. Powiedziałam: "Jedynie, co muszę wiedzieć, to to, czy ONA chce aborcji". Dwa lata później przeprowadziłam na niej drugą aborcję podczas przerwy w czasie studiów. Podziękowała mi i powiedziała: "Proszę, nie mów mojemu ojcu, on wciąż jest przeciwko aborcji.""

"Zakonnica z Holandii raz odwiedziła klinikę aborcyjną w Beek, gdzie pracowałam w latach siedemdziesiątych. Po wejściu do poczekalni  powiedziała do mnie: "Matko, co te wszystkie młode dziewczyny tutaj robią?", odpowiedziałam: "To samo, co ty.". "Brudne małe damy, odparła."."

"Miałam pacjentkę 10 lat temu, która przyjechała do Nowego Yorku z Południowej Karoliny na aborcję. Spytałam się jej, czemu przebyła taką długą drogę. Powiedziała, że jest członkinią kółka różańcowego, która nie wierzyła w aborcję i nie chciała, żeby ktoś z tej grupy wiedział, że ona miała jedną. Planowała powrócić z powrotem do tego kółka zaraz po powrocie do Południowej Karoliny."

"Miałam klientkę z Niemiec, która przy samych drzwiach zaczęła mi dziękować, wychodząc po trudnej 22-tygodniowej aborcji. Na odchodne dodała z olśniewającym uśmiechem: "I tak jesteś mordercą."."

"Pierwszy raz spotkałam się z tym fenomenem, kiedy pracowałam w klinice planowania rodziny. Wartości anti-choice tej kobiety przemawiały poprzez jej mowę ciała. Powiedziała, że jest urażona innymi kobietami w klinice aborcyjnej w poczekalni, ponieważ one używają aborcji, jako formy kontroli urodzeń, ale jej pękła prezerwatywa, więc ona nie miała wyboru! Miałam wielką trudność, by nie powiedzieć jej, że przecież ona też ma wybór i dokoła decyzji! Tak, jak inne kobiety w poczekalni."

"21 letnia kobieta i jej matka jechały 3 godziny na umówione spotkanie na przeprowadzenie aborcji. Były zaskoczone miłą obsługą kliniki, że jesteśmy tacy profesjonalni. Gdy zaczęłyśmy omawiać metody antykoncepcji, powiedziały mi, że są pro-life i że nie zgadzają się z ideą aborcji, ale pacjentka nie mogła w tym momencie utrzymać potencjalnego dziecka. Ponadto, nie potrzebuje ona antykoncepcji, ponieważ nie będzie uprawiała seksu, aż do ślubu, ze względu na swoje religijne przekonania. Zamiast się z nimi kłócić, zauważyłam w tej sytuacji okazję do dialogu. Mam nadzieję, że udało mi się zasiać "ziarno nadziei", które być może w przyszłości pomoże im rozwiązać ich konflikt pomiędzy ich wierzeniami i oczekiwaniami, a rzeczywistością."

"Miałam wczoraj 37-letnią kobietę, która była w 13 tygodniu ciąży. Powiedziała, że ona i jej mąż dyskutowali o jej ciąży przez ostatnie 2-3 miesiące. Była przeciwna aborcji, 'ale mój mąż zmusza mnie do tego'. Oczywiście powiedziałam jej, że nikt nie może jej zmusić do aborcji i że musi wybrać, czy jej ciąża, czy jej mąż są dla niej ważniejsze. Powiedziałam, że jedynie, czego chcę, to tego, co jest najlepsze dla niej i nie zrobię aborcji, dopóki się się na nią nie zgodzi. Gdy w końcu zdała sobie sprawę, że ma prawo mieć własne zdanie w tej kwestii, powiedziała: "No, cóż, umówiłam się i przyszłam, więc zróbmy to. To najlepsza decyzja." Myślę, że przynajmniej doszło do niej, że ostatecznie to była jej decyzja."

"Spotykamy kobiety pro-life w naszej klinice bez przerwy. Wiele z nich jest po prostu naiwna dopóki nie znajdzie się w sytuacji niechcianej ciąży. Wiele z nich jest złośliwa. Wiele z nich po prostu nie przemyślała swojej postawy, aż w końcu to zaczyna ich dotyczyć. One mogą osądzać innych, przyjaciół, rodzinę. Nagle są w ciąży. Nagle widzą prawdę. Że to powinna być tylko i wyłącznie ich decyzja. Niestety, wiele z nich w jakiś sposób tłumaczy sobie, że są inne, niż wszyscy i one zasługują na aborcję, a wszyscy inni nie."

20150330

Syndrom poaborcyjny, czyli... terroryzm chrześcijan cz.1

UWAGA! Tłumaczenie amatorskie. Mogą być błędy.
UWAGA! Nie odpowiadam za błędy merytoryczne autorek i autorów poniższych tekstów.
Pytanie: czy prawicowe poglądy są formą zaburzenia, bądź choroby psychicznej? Czy wyparcie, racjonalizacja, dysonans poznawczy mogą wpływać aż tak bardzo na nasze postrzeganie świata?

"Chociaż niewiele badań zostało przeprowadzonych na temat tego fenomenu, badanie przeprowadzone w roku 1981 wykazało, że 24% kobiet, które miały przeprowadzoną aborcję uważały ją za moralnie złą, a 7% kobiet, które miały aborcję nie zgodziły się z tym zdaniem: "Każda kobieta, która chce mieć aborcję powinna mieć do niej legalny dostęp". W latach 1995/1995 badanie prawie 10 000 pacjentek, które miały aborcję pokazało, że 18% tych osób jest od niedawna protestantkami. Wiele z tych kobiet jest pro-life. To badanie pokazało również, że katoliczki miały liczbę aborcji wyższą o 29%, niż protestantki. Planowane Rodzicielstwo zaznacza, że prawie połowa wszystkich aborcji dotyczy kobiet, które opisują siebie, jako nawrócone chrześcijanki, protestantki, albo katoliczki." - Planned Parenthood in America "Pro-choice Debate Handbook"


"Jedną z największych ironii Amerykańskiego społeczeństwa jest to, że większość aborcji jest przez konserwatywnych chrześcijan. Poczytajcie statystyki: 49% ciąż w tym kraju jest z wpadki, jest to poziom, który się utrzymuje od 30 lat. Połowa tych ciąż kończy się aborcją. Albo, ujmując to inaczej, ponad 90% aborcji w Stanach Zjednoczonych jest robionych z powodu niechcianych ciąż. Liczba ciąż z wpadki i liczba aborcji jest znacznie większa w Stanach Zjednoczonych, niż w innych krajach o podobnym rozwoju ekonomicznym. Tak samo z religijnością. To, że w tych dwóch dziedzinach jesteśmy "dziwakami" nie jest przypadkiem.

Trzy aspekty konserwatywnego chrześcijaństwa, które promują aborcję: pro-natalizm, obsesja na punkcie seksu oraz nacisk na praworządność, zamiast na współczucie.

(...)

Biblijne chrześcijaństwo nie jest pro-natalistyczne. Nie jest nawet pro-ludzkie życie. Steven Pinker ostatnio oszacował, że sam Stary Testament opisuje 1.2 miliona śmierci z ręki Jahwe albo jego sług. Biblia jest jednakże pro-poród. "Bądźcie owocni i rozmnażajcie się" (Księga Rodzaju 1:28), "Kobiety będą ocalone poprzez rodzenie" (1 Tm 2:15). Marcin Luter, lider protestanckiej reformacji, ujął to swoimi słowami: "Jeśli kobieta zmęczy, albo w końcu umrze podczas porodu, to jest nieważne. Należy jej pozwolić umrzeć, jak rodzi. Po to ona jest."

(...)

W czasach, gdy religie Abrahamowe powstawały, męska chęć w inwestowanie tylko w swoje potomstwo obrała formę niewolnictwa kobiet i seksizmu.

(...)

Kobiety, których przyłapano w dorosłym życiu na nieposiadaniu błony dziewiczej były mordowane przez starożytnych hebrajczyków, tak samo, jak dzisiaj są mordowane przez muzułmanów. Chrześcijańska obsesja z grzechem seksu, albo raczej z kobiecą "czystością" stworzyła Amerykański mit o dziewictwie. W porównaniu z bardziej laickimi, otwartymi społeczeństwami. Amerykańskie nastolatki zazwyczaj nie chcą antykoncepcji do roku od czasu rozpoczęcia współżycia.

(...)

Wiele wierzących wolałaby być praworządna i prawicowa, niż być w społeczności. Woleliby być konserwatywni, niż empatyczni. Woleliby być praworządni, niż rozwiązywać problemy. Woleliby być przeciwko aborcji, niż faktycznie przeciwdziałać jej.

(...)

W bardzo laickiej Holandii, to spowodowało zmniejszenie aborcji do 7 na 1000 kobiet. Jedna trzecia liczby aborcji w USA. Więc czemu Prawicowy Konserwatyści skupiają się na restrykcyjnych prawach, zamiast na dostępności do antykoncepcji? Czemu walczą o prawa człowieka dla zygot, co stoi w sprzeczności z samą istotą świadomości? Czemu są przeciwni zgodnej z medyczną wiedzą edukacją seksualną?

Dlatego, że aborcja ich tak naprawdę nie interesuje. Oni chcą czystości. Chcą praworządności. Niektórzy chcą specjalnych reproduktorów. Nawet ci, którzy świadomie nie są pro-natalistyczni są częścią myśli i strategii, które były częścią religii od samego początku jej powstania." - "3 Ways Conservative Christianity's Obsessions Promote Abortions " Valerie Tarico


"Instytut Guttmacher posiada użyteczny zbiór wykresów pokazujących stan aborcji w 2014 roku, tak a propos 40. rocznicy Roe (zalegalizowanie aborcji w USA - przyp. tłumaczki). Krótko mówiąc aborcja jest bardziej rozprzestrzeniona, niż się Amerykanom wydaje; w wieku 45 lat, prawie połowa Amerykanek będzie miała przebytą niechcianą ciążę i prawie 1/3 będzie miała aborcję. 60% kobiet, które miały aborcję, posiadały już jedno dziecko, 44% było mężatkami, albo miały partnera i 69% było niestabilne ekonomicznie. Bez względu na konserwatywną retorykę, większość aborcji jest przeprowadzona w pierwszym trymestrze i 73% kobiet, które miały aborcję były religijne." - "Who Has Abortions and Why it Matters" Jamelle Bouie


"Fakty są takie, że nieważne, jak bardzo opozycja Roe v. Wade jest przygotowana, nieważne, za jak bardzo moralnie lepsze prawicowe damy (i ich wsparcie w postaci dżentelmenów) chcą być uważane, nieważne są ich liczne wystąpienia w marszach pro-life z plakatami "liberałowie to mordercy", nieważne są ich modły w sprawie aborcji, nieważne są ich wystąpienia w Fox (konserwatywny kanał telewizyjny w USA - przyp. autorki)... jest tyle samo konserwatywnych kobiet, które robią aborcję, albo prawie tyle samo, co liberalnych kobiet.

Spójrzmy na obiektywne, apolityczne dane z bezpartyjnego Instytutu Guttmacher. Wpierw, szok. Prawie 22% wszystkich ciąż kończy się aborcją. 3/10 kobiet będzie miało aborcję w wieku 45 lat. Ponad połowa aborcji jest przeprowadzana na dwudziestolatkach. Od Roe v. Wade było przeprowadzonych prawie 50 milionów aborcji. Jak myślicie, ile tych aborcji było zrobionych na konserwatywnych kobietach? Żadna? One chcą, żebyście tak myśleli. Żadna. Bez cytowania jakiejkolwiek statystyki, naprawdę myślicie, że te wszystkie 50 milionów kobiet, które miały aborcję były liberałkami? Weźmy pod uwagę fakt, że w konserwatywnych stanach jest więcej nastoletnich ciąż, niektóre z nich kończą się aborcją i już to daje nam rzut na sytuację. I myślałem, że konserwatywne nastolatki są znaaaaacznie bardziej cnotliwe, bo wychowywane w pełnym Boga, aseksualnych domach. Jakże byłem głupi!

Musicie też wiedzieć, że 29% płodów z syndromem Downa jest abortowanych w Atlancie, największym mieście w Pasu Biblijnym (najbardziej konserwatywna część Stanów Zjednoczonych - przyp. tłumaczki). Te liczby są ciężkie to odniesienia się, ale zgaduję, że podobna liczba jest w innych stanach i miastach.

(...)

Dawno temu, klinika w Bronxie przeprowadziła wywiad z 1000 pacjentów w ostatnich roku, włączając w to protestantów, katolików i Żydów i okazało się, że 35% z nich miało przynajmniej jedną aborcję w zeszłym roku. W innym, wcześniejszym ogólnonarodowym badaniu 22% ciąż miało się kończyć aborcją. Ciekawostka: Ta liczba jest taka sama od 80 lat, bez względu na to, czy aborcja jest legalna, czy nie.
Większość aborcji jest przeprowadzana do 8 tygodnia od ostatniej miesiączki. W ósmym tygodniu płód (stadium rozwoju płodu zaczyna się od 12 tygodnia, tutaj powinna być mowa o zarodku - przyp. tłumaczki) jest wielkości zaledwie ponad połowy cala (1,6 cm - przyp. tłumaczki). Waży 0.04 uncji (1,13 grama - przyp. tłumaczki). Nic nie funkcjonuje. Komórki nerwowe dopiero się formują. Nikt nie wie jeszcze nawet, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka. Słyszałem, że płód opisywany jest, jakoby miałby być wielkości fasoli. Sugerowanie, że jest to w jakikolwiek wykształcona istota ludzka jest śmieszne." -  "Do As I Say Not As I Do: The Truth About the Anti-Abortion Crowd" Dennis S


"W ciągu swojego życia ciążę mogła usunąć nie mniej niż co czwarta i nie więcej niż co trzecia dorosła Polka - pisze w podsumowaniu swojego badania CBOS.
Jak pisze CBOS, "gdy przełożymy to na konkretne obywatelki, okaże się, że aborcji poddało się od 4,1 do 5,8 mln kobiet. (...) co najmniej jednokrotne przerwanie ciąży częściej deklarują kobiety gorzej wykształcone (zwłaszcza z wykształceniem podstawowym - aż 42 proc.), niezadowolone ze swej sytuacji materialnej, mające prawicowe poglądy i praktykujące religijnie." - "Co czwarta Polka przerwała ciążę" Paweł Kośmiński


"Chrześcijański pogląd na aborcję, który był cytowany przez osoby i grupy jest odpowiedzialny za groźby, napaści i mordowanie lekarzy i lekarek oraz bombardowanie ich klinik aborcyjnych w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.

Po 1981, członkowie takich grup, jak Armia Boga zaczęli atakować kliniki aborcyjne i lekarzy w całych Stanach Zjednoczonych. Kilka ataków terrorystycznych zostało przypisanych przez Bruce'a Hoffman'a jednostkom i grupom, które były związane z ruchami Chrześcijańska Brać i Chrześcijański Patriota, włączając w to Owce Chrystusa. Grupa nazywająca się Zatroskani Chrześcijanie została deportowana z Izraela za podejrzenia planowania ataku na święte ziemie w Jerozolimie pod koniec 1990 roku; wierzyli, że ich śmierci "doprowadzą ich do nieba".
Motyw dla anty-aborcjonisty Scott'a Roeder'a, mordercy lekarza George'a Tiller'a 31 maja 2009 był taki, że uważał on, iż aborcja nie tylko była niemoralna, ale także "formą morderstwa w zgodzie z prawem Bożym", niezależnym od prawa ludzkiego w jakimkolwiek kraju i że to jest w zgodzie z jego wierzeniami religijnymi. Grupa wspierająca Roeder'a ogłosiła, że każda siła jest "słuszna, by chronić życie nienarodzonych" i wezwała wszystkich Chrześcijan to "powstania" i "powzięcia akcji" przeciwko zagrożeniom Chrześcijaństwa i nienarodzonego życia. Eric Robert Rudolph przeprowadził bombardowanie na Centennial Olympic Park w 1996 oraz następne ataki na kliniki aborcyjne i lesbijski klub nocny. Michael Barkun, profesor Uniwersytetu Syracuse stwierdził, że Rudolph'a można wpisać w definicję "chrześcijańskiego terrorysty". James A. Aho, profesor na Uniwersytecie Idaho State, przekonywał jednak, że Rudolph'a religijne przekonania stanowiły tylko część jego motywacji. Aref M. Al-Khattar zakwalifikował Przymierze, Miecz i Ramię Pana (CSA), Akcję Defensywną, Montana Freeman i inną "chrześcijańską milicję", jako grupy, które "mogą być omawiane w kategoriach skrajnie-konserwatywnego terroryzmu", który posiada pierwiastek religijny. W 1996 roku trzej mężczyźni - Charles Barbee, Robert Berry i Jay Merelle - zostali oskarżeni o dwie napaście i bombardowania na bank, gazetę Spokane i biuro Planned Parenthood w stanie Waszyngton. Mężczyźni byli antysemitami i identyfikowali się z chrześcijańskim terroryzmem, którzy wierzyli, że Bóg chciał, by oni te agresywne ataki przeprowadzili i że te ataki przyspieszą prosnąca przewagę rasy Aryjskiej." - "Christian terrorism" Wikipedia angielska

20150219

Jupiter, Jupiter...

UWAGA! SPOILERY!

UWAGA! Wpis będzie nieskoordynowany i chaotyczny. Tak, jak film "Jupiter: Intronizacja".

Czy Wachowscy robią sobie z nas jaja...? Czy ten film to żart?  Czy może naprawdę, na serio zrobili taki film, żeby jak najwięcej pieniędzy zarobić? Musicie sami to zobaczyć i zdecydować. Jeżeli jesteście fanami widowiskowych filmów akcji i nie obchodzi Was fabuła do dupy to jest to film dla Was.

Trzeba to powiedzieć wprost: film "Jupiter: Intronizacja" jest typowym filmem dla mas. Dodatkowo jest konsekwentny w tym co robi, czyli zbiera wszystkie motywy, pomysły i stereotypy "filmowe" i tworzy z tego w miarę spójną całość ("w miarę" jest tutaj kluczowe). Film jest przede wszystkim kiczowaty (w tym też jest wyjątkowo konsekwentny). Może gdyby nie ten kretyński wątek "miłosny", może powstałoby dzieło lepsze... może.

Gdyby nie efekty specjalne, które zapierają dech w piersiach byłby to zdecydowanie jeden z najgorszych filmów, jakie widziałam w życiu (zaraz obok nowszych Star Treków). Jeżeli ciężko Wam sobie to wyobrazić, to załóżcie, że to nie byłby amerykański film science-fiction, tylko polski. Od razu różnica, nie? W odpowiednie ramki taki durny scenariusz wydaje się być spoko, ale niech by tylko film był kręcony w Pipidówie Dolnym... powstałby najgorszy Polski Film Wszechczasów.

Pierwsza scena walki trwa chyba 10 minut (bazuje głównie na efektach specjalnych - gdyby nie one mielibyśmy zwykłą dresową naparzankę pod monopolowym). Pod koniec zaczyna się przysypiać... Walka jest widowiskowa, ale kompletnie niewiarygodna, do tego stopnia, że wydaje się śmiać z samej siebie.

I szczerze, nawet nie wiem, co dalej napisać... ale znajdźmy punkt zaczepienia - niech to będzie kicz. Wg mnie ten film byłby świetny w swojej beznadziejności  (wiecie, tak durny, że aż śmieszny), gdyby jeden z tych "złych" zakochał się w Jupiter NAPRAWDĘ. Ja już wtedy wiedziałabym, że na 100% jest to parodia naszej całej popkultury (patrz: Zmierzch), bo Wachowscy w tym filmie czerpią z niej całymi garściami.

Film jest tak kiczowaty, że jest aż parodią samego siebie. Jako, że pewnie nie jesteście sobie uzmysłowić tego kiczu, jeśli filmu nie oglądaliście:

Dziewczyna, zwykła szara mysz okazuje się być najważniejszą (prawie) osobą we Wszechświecie. Pomaga jej Wilkołak (bo oczywiście ona jest w centrum zainteresowania caaałeeeego kosmosu i oczywiście wszyscy chcą ja zabić). Jej rywale i jednocześnie rodzina (tak btw, okazuje się, że ona jest w sumie ich matką, tych rywali) jest uważana na ziemi za wampiry. Co smutne, nie ma wątku miłosnego pomiędzy "wampirem", a naszą główną bohaterką Jupiter (patrz: Zmierzch)...

Kosmici, którzy mają porwać naszą główną bohaterkę wyglądają, jak stereotypowi kosmici: szarzy, jajowate głowy, wielkie migdałowe oczy...

Tak. Film nam chce powiedzieć, że w tym świecie wilkołaki, wampiry i kosmici naprawdę istnieją. I, że mamy zacząć poważnie traktować wariatów, którzy twierdzą, że byli przez UFO porwani. Ciekawe przesłanie.

Potem ten wilkołak okazuje się mieć skrzydła. I latał jeszcze na takich anty-grawitacyjnych butach. Oryginalnie.

A ten główny zły charakter... po prostu wyobraźcie sobie typowy, czarny charakter o wątłej budowie ciała, o dyskusyjnej urodzie, który jest rozhisteryzowany i rozkapryszony, jak dziadowski bicz. Czasami jeszcze krzyczy piskliwym głosikiem, tak po prostu, bez powodu. Chyba lubi dramatyzować (patrz: histeria).

Brak logiki. Główna bohaterka dowiaduje się, że jest arystokratką i władczynią Wszechświata, a jej kolega Wilkołak okazuje się być uprzedzony do ludzi z klas wyższych. Do tego stopnia uprzedzony, że okazało się, że kiedyś zabił jakiegoś arystokratę. Rzucił mu/jej się do gardła i rozszarpał je. Jak pies. Czy to przeszkadza głównej bohaterce? Nie.

Dziwne. Mi by przeszkadzało, gdyby mój potencjalny chłopak okazał się mordercą i był uprzedzony do grupy ludzi, do której należę, no, ale ja jestem feminazistką, więc nie jestem normalną kobietą. Wymagam za dużo od mężczyzn i takie tam.

Główna bohaterka zdaje się być nieufna wobec ludzi. Jest to poruszane parę razy, jednak nie jest wyjaśnione, dlaczego. I to też wg scenarzystów nie koliguje z tym, że jej Wilkołak jest mordercą.

Gdy taka cecha charakteru głównej bohaterki, jak nieufność, nie ujawnia się w momencie, gdy spotyka się ona z mordercą, to wiedz, że film jest bardzo słaby. Jeszcze słabszy, gdy główna bohaterka sama inicjuje gody (z Wilkołakiem). Może się mylę i może moja krytyka jest nieuzasadniona, bo czyż nie tak robi każdy, zwykły, tfu, człowiek? Kreuje swoją postać, a potem i tak robi, co innego? Może to jest ukryte przesłanie filmu.

Mimo mojej krytyki, polecam film. Jeżeli nie razi Was banalna, wręcz momentami obraźliwa fabuła, ale lubicie ładne kobiety i ładnych mężczyzn i chcecie wyłączyć myślenie na 2 godziny oraz odpocząć, albo po prostu się zabawić, to jest to film dla Was. W swojej klasie, tzw. "kiczowatych filmów" film jest naprawdę spoko, bo przynajmniej jest konsekwentny w tym, co robi. Polecam (ale nie spodziewajcie się czegoś lepszego od Matrixa).

20150128

Torbiel zatokowa

"Torbiel zatokowa" brzmi niegroźnie, wręcz niewinnie, ale pod tą nazwą kryje się jedna z najdziwniejszych przypadłości medycznych.

Głównymi przyczynami torbieli są siedzący tryb życia, zbytnie pocenie się, nie mycie się.

Pięknie, ładnie, ale co to jest?

Torbiel zatokowa jest to dosłownie dodatkowa dziura w tyłku... albo nawet kilka dziur. Czy to nie jest zabawne?

Polska Wikipedia ma na ten temat do powiedzenia:

" choroba zapalna tkanki podskórnej szpary międzypośladkowej[2], powstający pęcherz znajduje się w okolicach kości ogonowej. W jego wnętrzu znajdują się włosy, które wyrosły podczas infekcji oraz płyn (ropa) zawierająca obumarłe komórki i płyn tkankowy. Choroba ta dotyka przeważnie mężczyzn w przedziale wiekowym od 15 do 24 lat, choć może występować również u kobiet."

Tworzą się torbiele, w których gromadzą się włosy i nie da się ich normalnie usunąć. Potrzebny jest zabieg:

Także ruszajcie się. To popłaca.




20150127

Jestem nikim i jest mi z tym dobrze

Faceci dopiero wtedy zaczęli się interesować informatyką i programowaniem, gdy pisanie kodu zaczęło być wpływowe i przynosić więcej pieniędzy. Dlaczego?

Faceci w wyborze życiowej "pasji" kierują się oni bardzo często dwoma czynnikami:
1. Pieniądze.
2. Prestiż.

Nigdy nie będzie wielu mężczyzn na pielęgniarstwie. Jest to bardzo ciężki zawód i mało prestiżowy. Dodatkowo pielęgniarki zarabiają mało... Facet nie idzie na jakiś kierunek, nie podejmuje jakiegoś zawodu, bo go lubi. On się kieruje dostępem do kobiet, a co daje większy wybór kobiet w społeczeństwie patriarchalnym, w którym kobiety zajmują niższą pozycję i mniej zarabiają, które w wielu przypadkach nie mają szansy na lepszy żywot...? Odpowiedź jest oczywista: pieniądze i prestiż. Pragnę zaznaczyć, że jest to skomplikowany dosyć temat i należałoby omówić całą kulturę włącznie z jej strukturą socjoekonomiczną. Można jednak to skrócić do jednego: im łatwiej w danym społeczeństwie w danym zawodzie o kobietę, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie to zawód zdominowany przez mężczyzn. Można jednak jeszcze bardziej to uprościć (bez dokładnego omawiania struktur społecznych): to, jaki zawód wybiera dany człowiek i co lubi, co jest jej/jego pasją wynika z socjalizacji.

To społeczeństwo kreuje nasze charaktery, nie ma czegoś takiego, jak "bądź sobą" - u obu płci. Akurat wybrałam płeć, bo tu bardzo dobrze widać, jak społeczeństwo kreuje nasze pasje, hobby i tak dalej. Oczywiście, że kobiety "potrzebują" wsparcia i "namawiania" do nauk ścisłych, skoro od dzieciństwa się je od tego odciąga (i oczywiście uwielbiają one psychologię, języki historię i tak dalej).

Osobną i fascynująca kwestią pozostaje sama "męskość",  która mam wrażenie odbiera mężczyznom samą radość z życia i jednocześnie pojęciu "pasji" nadaje inny, szczególny wymiar.
Mężczyźni nie mogą okazywać pozytywnych uczuć, nie powinni spędzać zbyt długo z dzieckiem (bo co to on, baba?), muszą sięgać z repertuaru emocji po te najbardziej negatywne i destrukcyjne, muszą ryzykować swoim życiem (bo tak robi facet), muszą jeść źle i niezdrowo przez co mają sflaczałe i śmierdzące ciało, muszą nienawidzić kobiecej seksualności i jednocześnie dążyć do jak największej liczby zaliczonych babek i tak dalej. Absurd goni absurdy, nieszczęście goni nieszczęście. Takie jest społeczeństwo i mężczyźni oczywiście ulegają temu. Dochodzi do tego, że mężczyźni często robią rzeczy, które nie dają im satysfakcji i których nie cierpią, jako, że głównymi czynnikami, którymi się kierują to pieniądze i prestiż. Nie ma tu miejsca na satysfakcję, czy szczęście. Na pewno to znacie: przychodzi facet z pracy i narzeka, jak mu źle, że tak pracuje, nie chce przez to w ogóle pomagać, na dzieci drze się i warczy, łaskę robi komukolwiek, że w ogóle się odzywa. No, typowy facet prawie że. Zapomina kompletnie, że żona też pracuje i że on wcale nie musi pracować 11h-12h na dzień, ale to robi. Bo męskość. I ma z tego powodu pretensje do całego świata.

I można powiedzieć, że co ja gadam, przecież skoro społeczeństwo to kształtuje, to jak on może tego nie lubić, prawda? Nie mówię, że wszyscy tacy są, że nienawidzą tego, co robią, przecież na pewno "męskość" wielu facetom służy i na pewno lubią to, co robią, tak uważają i dobrze. Pamiętajcie jednak, że praca często jest stresująca i jak się siedzi tak długo, to daje w kość. Po drugie człowieka nie tylko kształtuje gender.

Nie ma czegoś takiego, jak powołanie. Logicznym jest, że skoro nasze pasje są ograniczone przez zbiór wszelkich zawodów w naszym społeczeństwie (w starożytności nie mógłby się urodzić "astronauta") to właśnie to społeczeństwo nas kształtuje. Nasza tożsamość, imię, nazwisko, charakter, hobby, pasje, marzenia, cele, intelekt i tak dalej - to wszystko jest wypadkową społecznych oczekiwań, presji, nawyków, wychowania, dzieciństwa, doświadczeń, przeczytanych książek, kultury, mediów, rówieśników. Nie jesteśmy nikim więcej. Zrozumienie tego jest przełomowe, bo i owszem, można nad tym intelektualnie rozważać, ale naprawdę poczuć, zrozumieć -  to zupełnie coś innego.

Nagle dociera do człowieka, jak irracjonalne i dziwne są nasze struktury społeczne i jak niepoważne jest życie. Jakie to wszystko jest zabawne i śmieszne, jednocześnie takie malutkie i nic nie znaczące. To wszystko jest sztuczne i wymyślone. Ja nie jestem sobą. Ty nie jesteś sobą. Jesteśmy nikim i to jest super. Nie "nikim, bo nic nie osiągnęłam". Nie ma czegoś takiego, jak sukces, czy osiągnięcie. To sztuczne twory. Ludzie zostali wytresowani, że muszą mieć "sukces" i to jest zabawne. Bo jesteśmy tylko ludźmi, wypadkowymi tysięcy lat ewolucji i tylko nimi jesteśmy. Dlaczego musimy wszystko utrudniać i komplikować? Dlaczego lis może być lisem i zachowuje się, jak lis, a człowiek, jak chce być człowiekiem, to zachowuje się, jak kompletny idiota? Dlaczego musimy tak bardzo poprzez religię i społeczne normy postępować wbrew naszej naturze? Czyż nie robimy z siebie wybryków natury? Karykatur samych siebie i karykatur społeczeństwa?

Jestem nikim, bo naprawdę jestem nikim. To nie negatywne uczucie, to nie uwłaczające uczucie, a raczej obojętne, albo wręcz wyzwalające. Bo i tak jest. Jesteśmy obojętni dla Wszechświata, który jawi nam się, jako "siła" nieprzyjazna życia, jesteśmy obojętni dla przyrody, która jawi nam się, jako straszna i bezlitosna w momencie, gdy zwierzę zjada drugie żywcem.

Nasze marzenia i cele nie mają znaczenia. Jesteśmy nikim. I tak umrzemy.

20150123

Nowe sposoby komunikacji, które odmienią nam sposób myślenia i pomogą... w odkryciach

Kiedyś, żeby dwie osoby, które żyły w innych państwach chciały porozumieć się ze sobą, musiały się posłużyć sobą albo kimś: czyli po prostu musiały wiadomość dostarczyć same. Nie było nośników wiadomości innych od ludzi, albo zwierząt (patrz: gołębie). W sumie były dwie opcje: dostarczyć wiadomość samemu (spotkanie na kawce) lub posłużenie się posłańcem, tudzież pocztą (tutaj następuje rozdzielenie nośnika informacji i pośrednika: papier jest nośnikiem, pośrednik listonoszem). W drugim przypadku nadawca i odbiorca nie mają styczności ze sobą, w pierwszym ciało nadawcy musi się zbliżyć do ciała odbiorcy (tutaj już pomijam takie szczegóły, jak to, że hałas wydobywający się z krtani nadawcy jest nośnikiem informacji, a narząd Cortiego odbiorcy je odbiera po czym jego mózg sygnały analizuje i przetwarza). Gdy piszę "ciało", chodzi mi o biologiczny nośnik, kupę mięsa, którymi jesteśmy.

Posługiwanie się posłańcem, lub pocztą, zastępowało rozmowy pojedynczych ludzi.

Oprócz sytuacji, w których jedna osoba chciała coś przekazać drugiej istniały przecież media i wynalazki, które owszem, przekazywały coś, ale nie były nigdy zaadresowane do żadnej konkretnej osoby. Mam na myśli książki i gazety. Tutaj informacja miała ograniczoną ilość autorów, ale nieograniczoną ilość odbiorców. Każdy, dopóki istnieje dana informacja, może ją odebrać. Przez to treść książek i gazet miała i ma charakter bardziej uniwersalny. Zazwyczaj informacje podawane do tego typu mediów nie są osobiste (ekhm, zazwyczaj), ale jak są, to jedno jest pewne: nie ma tutaj jednego, konkretnego odbiorcy.

Potem doszły telefony. Tutaj pośrednikiem stała się rzecz martwa. Dalej komunikacja polegała na rozmowie 1:1 (jeden nadawca:jeden odbiorca). Przemieszczenie się informacji w czasie i przestrzeni oraz sam kod informacji następował w tym samym czasie.

Pojawiło się radio, TV, które w swojej naturze są niezwykle bierne: odbiorca nie może w jakikolwiek sposób ingerować w informację nadawcy, nie może mu odpowiedzieć, nie ma interakcji pomiędzy nadawcą i odbiorcą. To samo tyczy się wyżej omawianych książek i gazet, podobnie zresztą do nich odbiorca nie jest z góry określony.

No i pojawił się komputer, a z nim gry, komunikatory i Internet, który przeniósł chyba całą możliwą ludzką Interakcję w wielką sieć. Jest jedna cecha Internetu, która to umożliwiła: brak bierności. Odbiorca już nie ogląda biernie filmu i nie jest już postawiony przed faktem dokonanym, odbiorca teraz aktywnie gra i uczestniczy w historii (fabule gry). W Internecie, jak napiszesz posta, to każdy go widzi i każdy może go skomentować.

Ale ja w sumie nie miałam pisać o tym.

Chciałam napisać o tym, że NASA będzie teraz robiło mapę 3D Marsa, w której to będą mogli sobie spacerować naukowcy i sobie "badać" czerwoną planetę. 

Generalnie obrazek w tym artykule jest mylący. Nie, nie będą wysyłać nośników hologramów na Marsa. Zrobią na odwrót: to Marsa "przeniosą" do nas...

I tak sobie myślę, że nie tylko hologram byłby dobrym "komunikatorem". Pamiętajmy, że hologram to tylko obraz i oprócz samej rozmowy nie może być żadnej interakcji. Największą jego wadą jest na razie to, że nie można go dotknąć, jednak z pomocą przychodzi technologia: przecież niekoniecznie musimy używać hologramu... możemy na przykład z jednego miejsca na świecie kierować robotem. I chodzić tym robotem do pracy. Albo na Marsa. A nawet nie musimy chodzić tym robotem, możemy sobie stworzyć własny wirtualny świat i tam chodzić do pracy (!), jednak chyba nie jest to na razie możliwe, z wielu powodów. I myślę, szczerze, że już prędzej chodzenie, jako robot się przyjmie z większym entuzjazmem (głównie dlatego, że mamy problemy techniczne w postaci konserwowania naszego ciała w czasie, jak będziemy w wirtualnej rzeczywistości, co sprowadza się do utrzymania naszego mózgu w stanie bardzo dobrym, albo przeniesienie naszej świadomości do innego medium, jednak na to się nie zanosi i czy kiedykolwiek się to stanie: nie wiadomo), niż tworzenie wirtualnej rzeczywistości.

Z resztą jeśli chodzi o pracę, to nawet robotów nie musimy używać, przecież już teraz dzięki Internetowi możemy pracować. Ale na Marsa taki robot by się przydał.

Cały rozwój komunikacji i transferu informacji jest swoistym wydłużenie naszego ciała i kolejny krok w stronę uwolnienia się z naszej biologicznej powłoki. Mały co prawda, ale to nie szkodzi. Jest nadzieja.


20150113

Z cyklu ródź sobie sam: "Zespół znikającego płodu"


Zespół znikającego płodu, inaczej nazywany "resorpcją płodu" polega na obumarciu płodu w macicy matki i wchłonięciu go przez płód bliźniaczy (ciąża bliźniacza). Zazwyczaj martwe szczątki są całkowicie wchłonięte przez żyjącego lub matkę, ale nie zawsze - czasami żywy/a brat/siostra skompresuje zwłoki rodzeństwa i powstaje wtedy płód papierowy lub sprasowany.

Powody śmierci płodu bliźniaczego są takie same, jak płodu "pojedynczego": wada chromosomalna, genetyczna, źle zaimplementowane łożysko... a także prawdopodobnie rywalizacja o dopływ składników odżywczych pomiędzy zarodkami, a potem płodami.

Często dzieje się tak, że płód już w okresie zarodkowym przestaje się rozwijać i zostaje wchłonięty. To zjawisko zachodzi nie tylko u ciąży bliźniaczej, ale też pojedynczej.

Ryzyko dla życia i zdrowia matki w przypadki wystąpienia zespołu znikającego płodu zależne jest głównie od dwóch czynników: czy ciąża jest jedno- , czy dwukosmówkowa (głównie wzrasta ryzyko dla śmierci drugiego płodu przy ciąży jednokosmówkowej) i w którym miesiącu płód obumarł. Do komplikacji należą: poronienie żyjącego płodu, przedwczesny poród, infekcja pochodząca od obumarłego płodu, krwotok i śmierć, jednak to w rzadkich przypadkach, gdy obumarcie następuje w trzecim trymestrze.

Zespół znikającego płodu występuje stosunkowo często. Wg niektórych szacowań, aż w 85,6% ciążach bliźniaczych jeden z płodów obumiera (1/8 ciąż to ciąże podwójne). Oznacza to, że wiele kobiet było w ciąży bliźniaczej i nawet o tym nie wie. Niestety dokładne oszacowania zjawiska są niemożliwe (na razie), jako, że wchłonięty bliźniak często nie pozostawia po sobie żadnego śladu...

Biorąc pod uwagę to, że płód z matką konkurują o dopływ składników odżywczych (brak równowagi pomiędzy tymi zwalczającymi się siłami powoduje różne komplikacje) nie powinno dziwić, że taka konkurencja dotyczy również brata/siostry bliźniaka/czki...

Takie wyrachowanie i "bezduszność" słodkich bobasków może szokować, ale nie jest niczym nienormalnym, ani nienaturalnym. Są w przyrodzie takie przypadki, że cała rodzina się zjada - matka zjada ojca (w końcu spełnił swój obowiązek...), a potem dzieci zjadają matkę (jak urodzi). W ciąży człowieka, bardzo wyczerpującej dla organizmu, żadne składniki odżywcze nie mogą się zmarnować.


20150107

Twory rozpieszczonych i abstrakcyjnych ludzi

Mimo wszelkich wad naszej służby zdrowia jesteśmy... uprzywilejowani. Mamy dostęp do szczepień, specjalistów, pielęgniarek, lekarzy. Mamy ratownictwo medyczne, środki przeciwbólowe, chemioterapię, ostre dyżury, nocne i świąteczne... Nie wnikam w jakiej formie występują te, wymienione przeze mnie rzeczy, w poszczególnych zakątkach kraju. Nie wnikam z jakimi problemami się borykamy, bo to tutaj nie ma znaczenia.

Wynalazki takie, jak szczepienia i leki potrafią docenić ludzie, którzy mają odpowiednią perspektywę. Jaką? Na przykład taką, że mają realną szansę umrzeć, być sparaliżowanym lub przewlekle chorym z powodu zarażenia się paskudztwem, na które jest szczepionka. Albo lekarstwo.

Anty-szczepionkowców, anty-GMO-wców uważam za twory abstrakcyjne. Z jakiej racji? Bo są abstrakcyjne. *koniec notki i wychodzi*

Poważnie jednak sprawę ujmując... Gdy się tak staje człowiek trochę bardziej świadomy i wie po prostu lepiej, jak na świecie wygląda ogólna sytuacja, to zaczyna patrzeć na pewne sprawy inaczej. Mniej pobłażliwie. Pogardliwie wręcz.

Posiadanie ideologii to luksus. Posiadanie ideologii nie popartej twardymi faktami i danymi to już taki luksus, że hoho! Pierwszy świat. Anty-szczepionkowcy to najbardziej uprzywilejowani ludzie. Bycie anty-szczepionkom to zwykła fanaberia rozpieszczonych ludzi, którzy nie mają co robić ze swoim czasem.

Z przywilejem jest tak, że jak go człowiek ma, to nie wie o tym i jest zwyczajnie ślepy oraz nie wie, jak bardzo jest uprzywilejowany. Tak więc gdy w Afryce walczą o dostęp do szczepionek, to w Polsce i innych krajach zachodu ludzie nie chcą się szczepić. Czemu? Bo człowiek, który ma wszystkie podstawowe potrzeby zapewnione w nadmiarze może zużyć czas na inne przyjemności. Może zacząć rozwijać swoją tożsamość. Na przykład dołączyć do jakiegoś ruchu. Wtedy przynajmniej nie jest "zagubiony" i ma tzw., "cel w życiu". Na przykład, narażanie własnych dzieci na śmierć. Fajne hobby.

Ludzie z dalszych stron świata, mniej uprzywilejowani nie mają luksusu posiadania ideologii. Nie mogą powiedzieć: jestem ANTY-współczesna-medycyna i potem, jakby to było w 100% okej, iść do szpitala z powodu powikłań jakiejś choroby, na którą jest dostępna szczepionka.

Ludzie są anty-cośtam nie dlatego, że naprawdę w to wierzą. Oni tacy są, bo po prostu mogą.

Innymi istotami, które nie mają szerokiego dostępu do medycyny i mają iście hardkorowe życie to zwierzęta.



Ta czaszka należała kiedyś do wilka. Ta poszarpana dziura na środku, powstała w wyniku guza (niestety opis zdjęcia jest dosyć lakoniczny). Wilk nie miał ibuprofenu. Nie miał antybiotyków. Nie miał szczepionki przeciwko tężcowi. Nie miał chemioterapii. Nie miał podanych leków przeciwko pasożytom. I dlatego umarł. Powolna, straszna śmierć. Rzeczywistość zupełnie inna od rzeczywistości bujających w obłokach rodziców z arystokracji.

Innym przykładem podobnej patologii kości jest to:


Polecam obejrzeć cały film, a jak nie chcecie to przewińcie na sam koniec. Czaszka tej nieszczęsnej wiewiórki tak wygląda tylko i wyłącznie dlatego, że się po prostu w jakiś sposób skaleczyła. Ona nie miała antybiotyków. Ona nie miała szczepionki. I umarła... z głodu.

Nie obrażajcie ludzi w prawdziwej potrzebie swoimi fanaberiami. Doceńcie to, co macie.

P.S. Mogę się założyć, że są rodzice, którzy nie szczepią swoich dzieci, bo chcą je zabić, albo im zaszkodzić. Tyrani domowi zawsze znajdą drogę. Oni się dobrze maskują... .